Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2015

W przyszłości zostanę... NAUKOWCEM.




Będąc dziećmi marzymy, o tym, żeby w przyszłości być kimś wielkim. Będziemy robić coś, co inni docenią. Która z Was chciała być lekarką, piosenkarką, tancerką, a który z Was lekarzem, strażakiem, policjantem? Marzymy głównie o popularnych dobrze płatnych zawodach. Bo które z Was chciało zostać hydraulikiem, księgową czy kasjerką? Każdy zawód jest ważny. Często dalsze życie nie ma nic wspólnego z dziecięcymi marzeniami, ale... niektórym się udaje. Palec do budki, komu się udało? Mi, mi, mi!

Miałam kilka etapów marzenia kim będę. Wydaje mi się, że na początku była kariera muzyczna. Na szczęście w porę uzmysłowiłam sobie, że śpiewać nie umiem i się nie nauczę. Mój głos nagrywany na taśmy była dla mnie dziwny... obcy? Na pewno nie pasował do sławnej piosenkarki ;-)

Później wymyśliłam sobie, że zostanę naukowcem. Uwielbiałam eksperymentować! Stworzyłam nawet swoje własne laboratorium. Jedna z szafek z podwójnymi drzwiami, nazywana przeze mnie barkiem, zawierała najbardziej osobiste rzeczy, jakie posiadałam. Pamiętniki, notesiki, dziewczęce pierdołki znajdowały się po jego lewej stronie. Natomiast prawa strona została moim mini domowym laboratorium. Pierwsze eksperymenty polegały na łączeniu różnych płynów domowego użytku. Najczęściej jakiś detergentów. Później przyszedł etap testów. Wymyśliłam sobie, że moją miksturą składającą się z płynów znajdujących się w szafce łazienkowej oraz paskudnie pachnącego perfumu lub zmywacza (do dzisiaj nie wiem, czym było to paskudztwo zakupione przez moją mamę od domokrążcy) potraktuję Bogu ducha winny aloes. Nacinałam go, czasami odcinałam kawałek i polewałam miksturą. Swego czasu robiłam też mini perfumy w ampułkach. Miałam wyobraźnię ;-) Bycie naukowcem było dla mnie czymś naprawdę "WOW".

W międzyczasie pojawiło się marzenie o byciu tancerką. Uskuteczniałam to dość długo. Niestety nie udało mi się zostać tancerką Michael'a Jackson'a... później żoną itd. No i nigdy już nią nie będę ;-) Obecnie swoją pasję przelewam na dzieci. Zarówno Maja, jak i Wojtek uwielbiają tańczyć, a Wojtek dodatkowo jest szaleńczo zakochany w muzyce i teledyskach. Mam takie jakieś małe przeczucie, że zostanie muzykiem.


I co z tego wyszło? W końcu zostałam tym naukowcem. Uwielbiam spędzać czas w laboratorium. To zdecydowanie mój żywioł! Jednak, żeby nie było tak kolorowo, to bycie naukowcem jest dalekie od mojego ideału. Nie oszukujmy się, że to zbijanie bąków, udawanie, że coś się robi. Tak naprawdę to czasami droga przez mękę. Badania trwają miesiącami czy latami. Podejmujesz setki czy tysiące prób. Codziennie robisz to samo. Wydaje mi się, że jest w tym zbyt wiele monotonii. Poza tym wyposażenie laboratorium pozostawia zawsze wiele do życzenia. Sprzęty są niedokładne, a co za tym idzie próby są zafałszowane. Wyniki naciągane, to co powinno wyjść książkowo po prostu nie wychodzi. Bycie naukowcem w naszych laboratoriach pozostawiało wiele do życzenia... Swój dziecięcy cel osiągnęłam i teraz szukam dalej :-)



wtorek, 14 lipca 2015

Badaj siebie, badaj dzieci!

Badaj... Niby nic nadzwyczajnego,  ale mamy z tym problem. Często wychodzimy z założenia, że dopóki nie mamy czegoś na papierze, to jesteśmy zdrowi. Otrzymujemy wyniki badań i nagle zaczynamy chorować. Nasz umysł otrzymuje sygnał, że dzieje się coś złego i mamy czuć się gorzej. Zapominamy, ze tutaj nie chodzi tylko o nas. Pamiętajmy o naszej rodzinie. To dla niej jesteśmy ważni, najważniejsi. To nasz mąż potrzebuje zdrowej żony, żona zdrowego męża, dzieci zdrowych rodziców. Kto ich za nas wychowa? Ostatni element łańcucha jest najistotniejszy - DZIECI. Je też trzeba badać! To, że na pierwszy rzut oka wyglądają na zdrowe, nie powinno usypiać naszej czujności. Niektóre choroby potrafią przez długi czas nie dawać objawów albo dawać objawy tak niespecyficzne, że zrzucamy na zmęczenie, stres. Jeśli posiadasz jakieś choroby genetyczne,  bądź cały pakiet chorób (autoimmulogiczne lubią występować grupami),  masz obowiązek badać dzieci,  obserwować je czujniej. To samo dotyczy chorób, które mają Twoi rodzice bądź teściowie - pamiętaj, że możesz być zdrowy i jednocześnie być nosicielem, Twoje dziecko może być wówczas chore!


W przypadku chorób tarczycy, a konkretniej choroby autoimmulonogicznej,  musimy badać dzieci regularnie. Po porodzie, w wieku 5 lat,  9-10 lat i później w wieku dojrzewania. Nie ma sensu badać co roku,  fundować stres dziecku, jeśli wcześniejsze wyniki były dobre i nie widzimy żadnych objawów (na które jesteśmy już mocno wyczuleni). Nie robimy samego tsh,  które jest hormonem wyrzucanym pulsacyjnie, co oznacza,  że jest bardzo zmienne - lubi się wahać. Robimy całą trójkę tarczycową (tsh, ft3 i ft4), w przypadku Hashimoto aTPO i/lub aTG. W przypadku pogorszenia wyników należy również wykonać usg tarczycy i udać się do endokrynologa dziecięcego (nie każdy gabinet oferuje usg!).


Badając po raz pierwszy Maję, okazało się, że jej tsh odbiega od normy (6,9), a mimo to ft3 i ft4 są prawidłowe. Co prawda są na poziomie ok. 20% i 50% (powinny być na poziomie 70-80% normy), ale nie są poniżej normy, co ma miejsce w niedoczynności. Dowiedziałam się, że to eutyroza. Lekko podwyższone tsh przy prawidłowym ft3 i ft4. Na początku mamy spróbować z jodem. Przez 3 miesiące będzie przyjmowała 1 tabletkę Jodid 100 oraz witaminę D3. Po 3 miesiącach kontrola trójki tarczycowej + aTPO i w razie dalszych nieprawidłowości czeka nas wizyta u endokrynologa dziecięcego. W czasie intensywnego rozwoju tarczyca może nie nadążać i mam nadzieję, że to tylko tymczasowe.


Jod bywa toksyczny. Słyszysz tarczyca i zaraz pojawia się w myślach jod. Oczywiście jest on potrzebny do prawidłowego funkcjonowania tarczycy,  ale w przypadku chorób automunologicznych tarczycy bywa toksyczny. Sama tej toksyczności doświadczyłam. Dzieje się tak,  kiedy cierpimy na niedobór selenu. Dlatego łykamy selenometioninę (najlepiej przyswajalną formę) lub jemy orzechy brazylijskie.


sobota, 25 kwietnia 2015

Mamy fajne Mamy

Moja 5-letnia córka weszła już na dobre w okres koleżeńskich imprez urodzinowych. Od stycznia była już na czterech takich zabawach. Jutro idziemy na piątą, a z szóstej (również kwietniowej) rezygnujemy ze względu na formę. Niezły wynik, prawda?

Wydawać by się mogło, że to lekka przesada, że niezdrowo, że zbyt drogo. Nieprawda!

Po pierwsze: jeśli otrzymujesz zaproszenie, to znaczy, że ktoś naprawdę chce Cię widzieć. Nie robi tego z uprzejmości. Dzieci są takie... dosłowne. Zapraszają tylko tych, których lubią i koniec. Więc, dlaczego dziecku robić przykrość? I swojemu, i solenizantowi? 
Po drugie: im dzieci częściej się widują (wiem, że od poniedziałku do piątku z niektórymi to AŻ za dużo), tym ich więź się bardziej zacieśnia. Tworzą się przyjaźnie, które również bardzo istotnie budują tożsamość młodego człowieka. Uczą, naprawdę uczą - inności, wrażliwości i zaznajamiają ze światem. Często takie spojrzenie na inną rodzinę jest ciekawym przeżyciem - jej relacje mogą być dobrą nauką albo przestrogą dla nas Rodziców.
Po trzecie: jakie drogo?! Prezenty na koleżeńskie urodziny, to małe podarunki. Zawsze staramy się robić prezenty do 50 zł, czasami 60 zł. Kiedy zorganizowaliśmy takie urodziny dla Mai w klubie zabaw dla dzieci, to tak naprawdę mieliśmy ogląd na to, jakie "robi się prezenty". Prezenty mieściły się w przedziale 30-60 zł. Nie, nie biegałam po sklepach i nie sprawdzałam cen (bardzo tego nie lubię!), ale mam świadomość, ile kosztuje lalka Barbie albo gra edukacyjna czy książeczki z naklejkami itp. Odetchnęłam z ulgą, bo prezenty są w granicach zdrowego rozsądku. Poza tym warto spojrzeć na koszty, jakie ponosi rodzic organizując takie urodziny. W popularnym u nas klubie zabaw wynosi on 30 zł za dziecko + kawa, ciasto dla rodzica.
Po czwarte: nie było to uwzględnione, ale takie urodziny, to świetna okazja do spotkania się RODZICÓW! Na pierwsze koleżeńskie urodziny Maja została zawieziona przez mojego Męża i odebrana po zakończeniu. Mąż mówił, że niektórzy rodzice zostają... Trochę mnie to zdziwiło. Po co zostają? Pilnują swoich dzieci? Na kolejnych urodzinach również została sama. W sumie to dobra okazja dla rodziców pobycia sam na sam albo załatwienia swoich spraw. Na trzecie urodziny pojechałam z nią. Chciałam zobaczyć, o co chodzi w tym wszystkim. Zostałam i teraz jeżdżę już na każde urodziny. Dzieci bawią się pod okiem opiekunki, a rodzice rozmawiają. Najczęściej na temat dzieci, ale jest tak przyjaźnie, każdy każdego rozumie. Dochodzimy do wniosku, że mamy te same problemy. Podrzucamy sobie pomysły na złagodzenie jakiejś sytuacji. Radzimy się, wspieramy. I mimo że jest to chwilowe, to później spotykamy się w przedszkolu zaprowadzając lub odbierając swoje pociechy i łatwiej... rozmawiamy. Nawiązujemy ze sobą nici porozumienia. Nasze dzieci naprawdę nas łączą.



Dzisiaj przeszłam na kolejny etap. Jedna z mam zaprosiła Maję i przy okazji mnie (nie mogłam nie skorzystać!) na odwiedzenie ich w domu. Okazało się, że będą jeszcze dwie mamy z dziećmi. I wiecie co? Było fantastycznie! Dzieci bawiły się świetnie. Maja zobaczyła, jak mieszka jej koleżanka, jakie relacje łączą jej rodzinę i na sam koniec stwierdziła, że chce zostać jeszcze 5 godzin. A Mamy mogły porozmawiać o swoich pociechach i poczuć się mniej samotne i zagubione na obecnym etapie rozwojowym naszych dzieci. Naprawdę doszłyśmy do wniosku, że mamy te same problemy. Choć słowo problemy jest zbyt wyolbrzymione. W naszych domach dzieje się podobnie. Nasze dzieci fundują nam te same skoki ciśnienia. Padło kilka cennych rad ze strony mamy, która zachowuje zimną krew w sytuacjach kryzysowych. Chcę z nich skorzystać. Teraz planuję zaprosić te Mamy do siebie. Podsycić tym przyjaźń naszych pociech i być może zacieśnić bliższe relacje z nimi. Czas pokaże. Po dzisiejszym dniu jestem naładowana pozytywną energią!







Zmieniając zupełnie temat. Testuję obecnie krem Avon Nutra Effects, więc niebawem relacja. W przyszłym tygodniu mam otrzymać przesyłkę z butelką i bidonem od OKT Kids. Miałam się rozglądać za bidonem dla Wojtka (oby nie był różowy!). I jeszcze późnym wieczorem dostałam maila od Le Petit Marseillais - wygląda na to, że szykują dla mnie pachnącą przesyłkę :) To był naprawdę świetny dzień!



piątek, 10 kwietnia 2015

Prezenty

Otóż kupowanie prezentów rządzi się swoimi zasadami. Niby banał, ale kiedy nad tym się zastanowisz to, kupienie dobrego prezentu nie rujnując przy tym budżetu rodzinnego, wiąże się z działaniami logistycznymi. Planowanie. Świetne słowo, tak doskonale znane wszystkim kobietom, a u wszystkich Mam w małym paluszku. 


Plan prezentowy:

  1. Wyznaczenie wszystkich okazji, na które robimy prezenty. Warto to zrobić na początku roku przy okazji wpisywania w nowy kalendarz wszystkich: urodzin, imienin, rocznic, zakreślania świąt itd. Większość z tych dat jest stała. Przy wydarzeniach nieplanowanych typu wesela odrobinę modyfikujemy nasz plan. 
  2. Ustalenie kwoty pieniędzy, którą chcemy przeznaczyć na daną okazję. Z pewnością w Waszych domach inną kwotę przeznaczacie na urodziny, inną na święta i jeszcze inną na Dzień dziecka. Jest to na tyle istotne, że sztywno będziecie się trzymać budżetu i przy okazji nikt Wam nie zarzuci, że dostał lepszy/gorszy prezent. Każdy dostaje po równo :-)
  3. Zbieranie prezentowych informacji. To chyba jedna z najważniejszych umiejętności. Słuchanie. Mój Mąż jest tym zawsze zdumiony i zadaje pytanie: skąd wiedziałaś?! Jak to skąd, ja po prostu uważnie słuchałam tego, co kto mówił, czym się zachwycał itd. To naprawdę nie jest trudne! Warto jednak takie informacje zapisywać, ponieważ pamięć bywa ulotna ;-) Zachwyt w czyiś oczach (szczególnie dzieci) jest najlepszym podziękowaniem za trafiony prezent.
  4. Rozłożenie zakupów na raty. Pamiętasz, jak to jest w grudniu? Szał, prawdziwy szał i ból portfela. Dlatego właśnie zakupy powinno się rozłożyć w czasie. W naszym domu zakupy gwiazdkowe robię już od... września. Wiem, że to dużo czasu, ale kiedy postanowiłam zostawić to dopiero na październik, to i tak okazywało się, że w grudniu dopadał nas szał. Wrzesień jest optymalnym miesiącem. W przypadku np. urodzin warto kupować miesiąc albo nawet dwa przed, szczególnie jeśli cały prezent ma się składać z kilku mniejszych. Później tylko "składasz" go w całość i nie panikujesz kilka dni przed okazją. Wszystko masz już schowane w szafie :-)
  5. Odpowiednio wczesne rozpoznawanie rynku. No tak, wiesz już co chcesz kupić, ale teraz należy podjąć decyzję czy zamawiasz przez Internet czy kupujesz u siebie na miejscu. To etap, który zajmuje najwięcej czasu już w kontekście samego kupowania, dlatego warto to rozpocząć o wiele szybciej (patrz punkt 4). Jestem zdecydowaną zwolenniczką e-zakupów - w zaciszu własnego domu podejmuję decyzję tak długo jak chcę, kurier przynosi do rąk własnych, a co najważniejsze - mam dostęp do szerszego rynku niż ten mój lokalny. Jednak czasami okazuje się, że na miejscu otrzymasz coś od ręki i, nie dość tego, taniej niż w Internecie doliczając wysyłkę. Czasami po prostu w Internecie nie znajdujesz tego, co sobie wymyśliłaś i musisz wyruszyć w teren ;-) Tyle ciekawych rzeczy może wpaść przy okazji w ręce!
  6. Kupowanie. To oczywiste, że kupisz tam, gdzie taniej, więc kiedy już masz coś upatrzone i w dobrej cenie, to się w ogóle nie zastanawiaj i kupuj. Jeśli do okazji zostało jeszcze trochę czasu, to po prostu chowasz prezent do szafy i czeka na ten moment. Jesteś spokojniejsza, bo nie dotknie Cię stres związany z kupowaniem na szybko. Kiedy ta szafa do Ciebie krzyczy: wyciągnij prezent i pokaż go, to walcz z tym, a jeśli nie jesteś w stanie, to podziel się tą informacją z kimś dla kogo na pewno ten prezent nie jest - ja dzielę się z Mężem ;-)
  7. Przygotowywanie prezentu. Wszystko masz w szafie, teraz czas to wyciągnąć! Ważne jest, żeby o niczym nie zapomnieć, jeśli masz go pochowane w różnych miejscach. Pakowanie prezentu rozpoczynam kilka dni wcześniej, żeby uniknąć wciśnięcia w jakąś prezentową torebkę chwilę przed wyjściem. Staram się korzystać z kolorowych papierów, celofanów i kolorowych wstążek.
  8. Wręczanie prezentu. Zdecydowanie to jedna z najprzyjemniejszych części, razem z szukaniem i kupowaniem prezentu. Wręczasz go i rozkoszujesz się radością. Zdecydowanie bardziej wolę wręczać prezenty niż je otrzymywać ;-)


poniedziałek, 3 listopada 2014

KONKURS z Canpol babies

Z wielką przyjemnością pragnę Was poinformować, iż dzięki uprzejmości Canpol babies zostałam wytypowana do zorganizowania konkursu, w którym nagrodą jest mata do zabawy z pozytywką "Dżungla".

Informacje na temat akcji, do której się zakwalifikowałam oraz kolejnej listopadowej znajdziecie tutaj - BLOGOSFERA (nasz nick: ninde86). Z pewnością do następnej również będę startowała - oczywiście również do organizacji konkursu. Niestety nie potrzebuję laktatora, ale którąś z Was mógłby "uratować" właśnie taki elektryczny :-)


~ * ~


Nagrodą jest mata do zabawy z pozytywką "Dżungla" Canpol babies.



Posiada aż 18 interaktywnych elementów:
  • 5 elementów szeleszczących (skrzydełko motyla, ucho żyrafy, ucho słonia, 2 kwiaty)
  • 4 elementy welurowe (naszywane na powierzchnię maty)
  • grzechotka (trąba słonia)
  • bezpieczne lusterko na macie (kwiatek)
  • piszczałka (nos tygrysa)
  • lusterko na pałąku (zamocowane na rzepy - możliwość mocowania w dowolnym miejscu pałąka, w wózku, łóżeczku)
  • dzwoneczek (żółty lew)
  • pozytywka (zielony tygrysek)
  • piszczałka (pomarańczowy hipcio)
  • szeleszczące listki (kwiatek)
  • grzechotka
które gwarantują malcowi wspaniałą zabawę, a jednocześnie rozwijają wyobraźnię i koordynację psychomotoryczną.

Proponowany wiek: 0m+

Jest miękka i ciepła (ocieplina w środku) oraz wykonana z bezpiecznych dla dziecka materiałów.

Wymiary:
szerokość: 88 x 88 cm
wysokość pałąków w miejscu złączenia: 30 cm

~ * ~

Zadanie konkursowe:


Pierwsze wspólne zabawy z Maleństwem - w obiektywie aparatu.


Zdjęcia proszę wysyłać na adres: ninde86@interia.pl
W tytule podać: KONKURS Canpol babies
W treści: Mama imię i imię dziecka, wiek dziecka/planowany termin porodu/miesiąc ciąży, miejscowość


Bardzo liczę na kreatywne prace przedstawiające pierwsze zabawy rodzica/rodziców z Maleństwem bądź brzuszkiem.

Podzielcie się ze mną swoją radością z bycia Rodzicem!



EDIT:
Bardzo proszę o wysyłanie JEDNEGO zdjęcia,
na którym mama/tata/mama i tata BAWIĄ SIĘ (wygłupiają) z maleństwem albo brzuszkiem.
(W przypadku wysyłki większej ilości zdjęć biorę pod uwagę tylko pierwsze załączone.)


Zasady ogólne: 
  1. Konkurs trwa od 04.11 -  18.11.2014 (godz. 23:59), ogłoszenie wyników 20.11.2014
  2. Konkurs skierowany jest do kobiet w ciąży (widoczna, zaawansowana ciąża) oraz mam dzieci 0-6 miesięcy.
  3. Zdjęcia muszą być Waszą własnością oraz być aktualne.
  4. Każde z otrzymanych przeze mnie zdjęć zostanie opublikowane w jednym z postów - wysyłając zdjęcie wyrażasz na to zgodę. Do zdjęcia zostaną dołączone imiona Mamy i Maleństwa. Wasza miejscowość, wiek dziecka czy termin porodu są tylko i wyłącznie do mojej wiadomości.
  5. Fundatorem nagrody jest Canpol babies i to on będzie wysyłał nagrodę osobie, która zostanie przeze mnie wybrana. Canpol babies otrzyma ode mnie wygrywającą pracę konkursową.



wtorek, 21 października 2014

Przesyłka (niespodzianka) od Neutral

Często biorę udział w różnych konkursach i zgłaszam się do różnych testów. Nie zawsze pamiętam, gdzie, co i kiedy. Matki już tak chyba mają, że robią kilka rzeczy na raz i czasami w trakcie czynności się wyłączają, bo np. dziecko próbuje z Tobą rozmawiać/leci fajna piosenka/zaczynasz marzyć o drzemce etc. ;-)

W piątek 17-tego właśnie TEGO miesiąca, wybraliśmy się z Mężem w krótką podróż chcąc jakoś inaczej niż zwykle spędzić naszą 5. rocznicę ślubu. Zakupy, obiad i kino, to chyba takie realne marzenie każdej z Mam, prawda? Starszak w przedszkolu, z którego odbierze go Babcia. Młodziak z Ciotką, która "dała nam wolne". Wyjazd na krótko, w miarę wczesny powrót, bez konieczności zostawiania dzieci na noc (nasz Starszak to dłuższa historia). Zakupy udane, obiad również, a film wybierany w ciemno... "Zaginiona dziewczyna" - brzmiało trochę dramatycznie, trochę romantycznie. Pan z Popcornbaru w Multikinie, który sprzedawał nam bilety nie potrafił do końca powiedzieć, o czym jest film. Ale... zgodnie z moją nową dewizą (Kto nie ryzykuje, nie pije szampana), postanowiliśmy zaryzykować. Po obejrzeniu kilku pierwszych ujęć byliśmy w szoku. Amy i Nick właśnie mieli obchodzić 5. rocznicę ślubu. Film trochę smutny, mało odpowiedni jak na taką okazję, ale naprawdę godny polecenia!

Wracając do przesyłki. Po powrocie do domu Mąż przyniósł mi ze skrzynki awizo. Hmm, dziwne. Moja pierwsza myśl była taka, że Canpol babies się pomylił i jednak wysłał mi butelki. Przecież niczego innego nie zamawiałam. Cały weekend myślałam nad tym, co to może być. Może jakaś wygrana w konkursie, może coś do testowania? Z samego rana w poniedziałek otrzymałam e-maila z informacją, iż dostałam się do testowania produktów Neutral. O nich też w trakcie tego dłuuugiego weekendu pomyślałam ;-) Jako że poniedziałek zazwyczaj jest moim dniem prania, pobiegłam czym prędzej na Pocztę po paczkę. Synuś nie współpracował, bo nie dość, że wciągnęłam wózek po gigantycznych schodach w urzędzie, to cały czas marudził (bo ile można czekać w kolejce, prawda?), a na koniec chlusnął mlekiem na posadzkę. Miło ;-) Na szczęście Mamy ogarniają takie sytuacje i zawsze w pogotowiu mają środki czystości! Paczka była naprawdę ciężka, ale udało się ją przewieźć na budce wózka (do kosza nie dało rady jej upchnąć). Dajemy radę, prawda? :-)


Paczka zawierała:
  • Neutral płyn do płukania tkanin
  • Neutral Main Wash uniwersalny proszek do prania
  • Netural Color Wash proszek do prania tkanin kolorowych
  • Neutral antyperspirant w kulce
  • Neutral balsam do ciała
  • Neutral żel pod prysznic
  • Neutral płyn do mycia rąk
  • Neutral szampon do włosów normalnych



Od razu rozpoczęłam testowanie. Kilka pralek ruszyło. Pranie schnie, niebawem dalszy ciąg testowania.

Dlaczego zgłosiłam się do testowania produktów do skóry wrażliwej? Nie, nie przez pomyłkę czy roztargnienia. Niestety moją rodzinę dotknął problem wrażliwości skóry. Do pielęgnacji Synka używam emolientów, produktów do najwrażliwszej skóry. Od początku jego skóra była sucha i niczym nie mogłam jej nawilżyć, na twarzy miał mnóstwo krostek. Nie było to spowodowane proszkiem do prania, ponieważ używałam produktów hipoalergicznych. Natychmiast po przejściu ze standardowych produktów do pielęgnacji na emolienty zaobserwowałam poprawę. Córka również ma suchą skórę oraz problemy z cerą w postaci liszajów, krostek. Nie potrafię sobie z nimi poradzić, mimo iż próbowałam już niemal wszystkiego. Do tej drużyny dołączam również ja - alergiczka (wziewna). Moja tarczyca przysparza mi wiele problemów, również te skórne - mam bardzo wysuszoną skórę, od niedawna także twarzy (choć całe życie miałam mieszaną z tendencją do przetłuszczania się). Mąż się wyłamał i dla odmiany z nim wszystko w porządku ;-)


środa, 15 października 2014

Spotkanie z Supernianią

8 października miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z Panią Dorotą Zawadzką znaną z programu "Superniania" organizowanym przez Przedszkole mojej Córki. Opinie na temat metod Pani Doroty Zawadzkiej są różne, nie zawsze pochlebne. Urzeczona zmianami postępowania dzieci w programie "Superniania" postanowiłam spróbować.


Źródło: http://www.pomorska.pl/

Dlaczego w ogóle potrzebowałam porad na temat wychowywania dzieci? Nie jestem alfą i omegą, nie jestem psychologiem. Jestem mamą, która chciałaby wychować swoje dzieci na dobrych ludzi, uniknąć poważnych problemów wychowawczych, kiedy będzie już "za późno" na doraźne środki. Moje dzieci są moją wizytówką, moim małym dziełem w tym wielkich świecie, są moją dumą. Niemal na każdym etapie rozwoju dziecka pojawiają się problemy, jedne łatwiej przezwyciężyć, inne o wiele trudniej. Od jakiegoś czasu wiem, co to prawdziwy problem wychowawczy, godzinne histerie, złość, bunt, złośliwość, nieustępliwość. Pojawienie się Braciszka zbiegło się z buntem 4-latka u Córki, wobec czego byliśmy absolutnie bezradni. Mieliśmy pewne pomysły na złagodzenie tego stanu, ale tak naprawdę nic nie działało tak szybko, jakbyśmy tego chcieli. W konsekwencji czasami płakałam razem z Córką (po kryjomu). Powzięłam konkretne kroki i niestety spotkałam się z niezrozumieniem ze strony rodziny. Jak powszechnie wiadomo, wychowywanie należy do rodziców, a rozpieszczanie do dziadków. I to głównie dziadkowie nie potrafili zrozumieć, jak można ignorować dziecko, kiedy ono się buntuje. Kiedyś stosowało się klapsa, których łagodził wszelkie bolączki rodziców. Dzisiaj klaps nie jest żadnym rozwiązaniem. Nie działa, skutek jest wręcz odwrotny - jeszcze większa zawziętość i dłuższa histeria.

Spotkanie z Panią Dorotą Zawadzką utwierdziło mnie w przekonaniu, że idę w dobrym kierunku. Nie reagowanie na histerię, znalezienie dziecku miejsca do wyciszenia się i mówienie mu, że porozmawiamy jak się uspokoi, naprawdę działa. Od niedawna efekt uspokojenia się uzyskuję szybciej. Warunkiem jest to, że muszę być opanowana (czasami ciężko, kiedy dziecko tak mocno podnosi Ci ciśnienie), powtarzać jej, że ma zostać w pokoju dopóki się nie uspokoi, a jak już będzie spokojna, to porozmawiamy. Oczywiście podczas całej tej sytuacji mam ją pod kontrolą, jest bezpieczna, mimo iż uważa, że w ogóle na nią nie patrzę. Na początku ciężko przychodziło mi takie zachowywanie się w stosunku do niej, próbowałam wręcz przytulać na siłę, ale było jeszcze gorzej. Na szczęście w porę zrozumiałam, że nie krzywdzę jej, ale pokazuję na jakie zachowania przyzwalam, a jakich nie toleruję. Dzieci bardzo szybko się uczą zachowań. Jeśli nie otrzymują wystarczającej ilości uwagi, to próbują ją "ugrać" złym zachowaniem. Pierwsze miesiące po urodzeniu Wojtka były z pewnością dla niej koszmarem. Zawsze była sama, cała uwaga była na niej skupiona, a tu taki Mały człowiek się pojawił i zrobił rewolucję w jej życiu.


Źródło: http://www.pomorska.pl/

Już od dawna nazywam swoje odczucia wobec jej zachowań. Mówię, czy mi się to podoba co zrobiła czy nie, jak się z tym czuję i jak chciałabym, żeby się zachowała w takiej sytuacji. Myślę, że to wspaniałe rozwiązanie dla nas obu - Maja zaczyna myśleć nad tym co zrobiła, a ja uwalniam swoje emocje w bardzo kontrolowany sposób (nie ulegam im). Rozmowa jest bardzo ważna w codziennym życiu, jednak nie każdy chce i potrafi rozmawiać. Ja uczę tego swoje dzieci - jak na razie tylko Córkę, na Syna przyjdzie pora ;-) Ważne jest, żeby rozmawiać z dzieckiem, słuchać i SŁYSZEĆ, co mówi. Z tym ostatnim mamy ogromny problem. Nawet jeśli zapytamy to i tak robimy po swojemu, bo "mama wie lepiej".


Źródło: http://www.pomorska.pl/

Nie bójmy się szukać pomocy, kiedy nasze dziecko wymyka się spod kontroli. Nie przyklejajmy łatek rodzicom, którzy chodzą z dziećmi do psychologa, w postaci "życiowo nieporadni", "niepotrafiący wychować własnych dzieci" czy "ulegający fanaberiom, klaps wystarczy". Zamiatanie problemów pod dywan, tymczasowe łagodzenie sytuacji może skutkować poważnymi problemami w przyszłości, już z naszymi nastolatkami. To my mamy być drogowskazami w ich życiu.

I co najważniejsze, nie zabijajmy tego dziecka w naszej głowie. Uczmy się na nowo od naszych dzieci cieszenia się wszystkimi drobnymi rzeczami. Nie musimy być aż tacy bardzo poważni. Pozwólmy sobie na luz, na radość i spędzajmy każdą wolną chwilę z naszymi pociechami. Nie ma nic cenniejszego poza CZASEM, co moglibyśmy im podarować.


Źródło: http://www.pomorska.pl/

Podsumowując spotkanie z Panią Dorotą Zawadzką, to naprawdę jestem z niego bardzo zadowolona. Pani Dorota rozjaśniła wiele sytuacji w mojej głowie. Dała nowe spojrzenie. Utwierdziła w przekonaniu, że muszę się kierować własną intuicją i szukać sposobów na własne dzieci. Na każde dziecko jest sposób, rodzice muszą być po prostu kreatywni. Na tym spotkaniu śmiałam się niemal cały czas. Nie wiedziałam, że drugi człowiek może przekazać aż tyyyyle pozytywnej energii w tak krótkim czasie.



Taki mały fragment spotkania z Panią Dorotą Zawadzką można zobaczyć tutaj: TU